NOWE

Ricardo Muñiz: Najważniejsza jest historia

Artysta, nauczyciel, społecznik, fotograf. Najczęściej przed jego obiektywem stają Latynosi – w ten sposób chce pokazać piękno niedocenianej w USA kultury

Twoja praca jest sposobem na finansowanie dwóch fundacji.
Ricardo Muñiz:
Swoją karierę zawodową rozpocząłem jako nauczyciel w alternatywnej szkole średniej, w której głównie lądowały „kolorowe”, problematyczne dzieci, z bardzo biednych dzielnic. Pierwsza szkoła, w której pracowałem to The East Harlem Music School, ufundowana przez słynnego muzyka z Puerto Rico – Johnnego Colona. Tam stworzyłem kilka autorskich programów edukacyjnych, w tym The PM Program at IS 218/SUMA: Children’s Aid Society lub Alternative to Suspension, który wdrożyłem w dystrykcie 8. w Bronxie. W 2004 roku zakończyłem karierę jako nauczyciel i pracownik socjalny i od tamtej pory jestem pełnoetatowym artystą (śmiech). Jednak moja praca, mimo wszystko, skupia się na biednej społeczności latynoskiej. Zaczepiam ludzi na ulicy i pytam, czy będą ze mną pracować. Często widzę zdumione twarze, ale kiedy ktoś zapozna się z moimi pracami, to jak podchodzę do diaspory latynoskiej, pokazuję jej piękno, to wówczas opuszczają go wątpliwości. W sercu, zawsze będę nauczycielem i pracownikiem socjalnym, dlatego większość tego, co zarabiam przekazuję na dwa cele: American Indian College Fund (www.collegefund.org) oraz The Hispanic Scholarship Fund (www.hsf.net). Robię to, bo po prostu wierzę, że edukacja jest kluczem do sukcesu dla młodych Latynosów. Pomagam młodym ludziom, jak mogę, choćby poprzez opowiadanie historii na zdjęciach.

Jak wygląda praca z modelami?
Podczas gdy praca z modelką jest bardziej czasochłonna – makijaż, fryzura, stylizacja, to męscy modele są bardziej „divami”. Potrzebują więcej wskazówek, jeśli chodzi o pozowanie, bardziej się przejmują, częściej się spóźniają, gorzej znoszą pozowanie w zimnie i trzeba ich nieustannie komplementować (śmiech). Modele często mają swój sposób na to, żeby być „rozkosznie sexy”. Zwykle jest to kiepski pomysł i fatalnie to wygląda (śmiech). Poza tym, z Latynosami jest jeszcze taki problem, że chcą przyprowadzać na plan swoje mamy i kobiety. Mówię, wtedy: „Nie ma mowy. Jesteś dorosły, a to jest twoja praca. Pomyśl o tym w ten sposób, co powiedziałby szef twojej dziewczyny, jeśli chciałaby cię przyprowadzić do swojej pracy na trzy godziny?” Mój styl fotografowania to żaden „glamour”. Staram się sobie poradzić z tym, co jest w danej lokalizacji, używam światła, jakie w danym momencie jest, dlatego trudno mi zrobić dobre zdjęcie. Modele są zaskoczeni, bo nie „pstrykam” zbyt wielu zdjęć, ale staram się, żeby na planie czuli się dobrze. Angażuję ich w proces twórczy, mają nad nim kontrolę, w takim samym stopniu, jak ja. Wierzę, że w ten sposób jest to przygoda dla mnie i dla nich.

Jak wybierasz modeli do współpracy?
Większość to po prostu osoby z mojego otoczenia, z sąsiedztwa. Są też tacy, z którymi pracowałem na którymś etapie swojego życia. Naturalnie, praca z modelem amatorem to wyzwanie: trzeba mu sporo wytłumaczyć, służyć wskazówkami. Nie przeszkadza mi to, lubię być mentorem. Dzięki temu, ludzie, z którymi pracuję, polecają mnie i nie narzekam na brak zainteresowania moją pracą. Czasami współpracuję z agencjami modeli, które podsyłają mi chłopaków na plan. Te zdjęcia zwykle idą szybko – profesjonalny model wie, jak ma się zachować przed obiektywem, jest punktualny, nie ma problemu ze zrozumieniem koncepcji.

Masz uniwersalny sposób, żeby pokazać piękno męskiego ciała?
Dla mnie to przede wszystkim gra światłem i historia, którą ono odkrywa. Nie jestem zbyt „płodnym” fotografem. Nie robię zdjęć 10 modelom dziennie, nie ścigam się o okładki. Robię zdjęcia tylko wówczas, kiedy sam mam coś do opowiedzenia lub natknę się na coś wartego opowiedzenia. Mam również tendencję do pracowania ciągle z tymi samymi modelami. Jestem długodystansowcem (śmiech). Lubię nawiązywać relacje. Tak, jak w nauczaniu – czasem sam proces jest ważniejszy niż końcowy produkt. Bycie fotografem komercyjnym bywa ograniczające dla procesu twórczego. Trzeba fotografować w określonym stylu, żeby mieć publikację. Mnie udawało się nie musieć iść na kompromisy. Przykładem tego jest publikacja w EksMagazynie.
Tak naprawdę, w tym wszystkim chodzi o szczerość. Jeśli jesteś szczery ze sobą, z modelem i w tym co robisz – to efektem tego będzie coś wspaniałego. Naprawdę uważam, że piękno jest wszędzie. Wystarczy otworzyć oczy.

Jaka część męskiego ciała wygląda najlepiej na zdjęciach?
To nie jest proste pytanie. Ponieważ robię zdjęcia głównie Latynosom, magazyny gejowskie zgłaszają się do mnie i chcą, żebym robił jak najwięcej aktów. To zrozumiałe, bo mają pewien określony typ modela, który prezentują czytelnikom. Ale mnie nie interesuje robienie zdjęć nagim modelom z penisami na wierzchu. Jest sporo osób, które interesuje coś innego. Zdarza się, że moje prace są odrzucane, bo eksponują za mało, nie są „dosłownie” seksowne. Interesuje mnie opowiadanie historii, a nie nagość dla samej nagości. Mnie interesuje też sam model, jak ma na imię, jaka jest jego historia. Mimo, że moja praca polega na robieniu zdjęć atletycznym modelom, nadal uważam, że najseksowniejszą częścią ciała modela jest jego mózg. W oczach modela, w tym jak się porusza, jaki ma uśmiech – musi być życie!

Lubisz być mentorem. Czy sam masz kogoś takiego?
Właściwie to nie. Podziwiam wielu artystów: Leibovitz, Avedon, Man Ray, Mapplethorpe, Weber, Newton, Ritts, Adams, LaChapelle, Meisel, Klein, Testino, Michals, ale moja droga w fotografii jest jak lalkarstwo albo rzeźbiarstwo: znajduję coś, nadaję temu kształt, kolor, głos, w konsekwencji życie. Jeśli chodzi o lalkarstwo, to nikt nie był dla mnie większym wzorem niż Amy Trompetter.

Rozmawiała: Anna Chodacka

Anna Chodacka
Polecamy

Powiązane Artykuły